Rozbita kula

piątek, 20.stycznia.2012, 13:02
Nadszedł dzień urodzin Reginalda Labollay'a. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Domownicy jak zawsze zebrali się przy śniadaniu. Przez wysokie okna do jadalni wpadały promienie słońca, co nie wszystkim wampirom się podobało, a damy dworu dyskutowały na temat kremów przeciwsłonecznych przywiezionych im przez władców z Węgier. Flavia skupiała całą swoją uwagę na równym przecinaniu kaparów na swoim talerzu. Od dłuższego czasu czuła na sobie badawczy wzrok szambelana:
- Czy panna chce mnie do szału doprowadzić? - zapytał w końcu.
- Dlaczego? Przecież ja nic nie mówię.
- NO WŁAŚNIE! - zawołały równocześnie ciotki, ale chyba dopiero po chwili dotarło do nich, co się właściwie stało. Popatrzyły po sobie i zaczęły się śmiać.
Inni znieśli to o wiele gorzej.
Ojciec zakrztusił się zielonym groszkiem. Majordomus upuścił trzymany właśnie dzbanek z herbatą, rozlewając całą jego zawartość na własne spodnie, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy wpatrywali się we Flavię. Patrick i jego głupi kumpel rozdziawili usta, prezentując całą ich zawartość. Tylko dwie osoby zachowały spokój. Camilla uśmiechnęła się delikatnie, klepiąc władcę po plecach, a Isabel wypaliła:
- A nie mówiłam, że potrafi?!
Pomijając pierwszy szok, atmosfera przy śniadaniu znacznie się poprawiła, gdy okazało się, że Flavia jednak nie jest niemową.
Dziewczynka nie miała zamiaru nadużywać tej umiejętności, ale doszła do wniosku, że teraz, gdy już wie, kto toleruje ją taką, jaką jest, może czasami się odezwać i wyrazić własne zdanie.
Wieczorem ciotki wystroiły ją w atłasową sukienkę w kolorze burgundu.  Razem z Patrickiem została ustawiona przy władcach wampirów, aby witać przybywających gości.
- Moja córka - przedstawiał ją co rusz Reginald Labollay z nieukrywaną dumą, a Flavia zbierała kolejne komplementy. Mogłaby się założyć o wszystko co posiadała, nawet o własną głowę, że goście nie odważyliby się powiedzieć nic innego.
- A gdzie to podziewa się mama panienki? – zapytał, witając się, jeden z wampirów.
- Emperor, wszystko w swoim czasie - zaśmiał się basowo Reginald Labollay. - Moja córka dopiero co poznała swojego ojca, z matką możemy zaczekać. Ale jeśli się stęskniłeś to gdzieś tutaj kręcą się Buena i Themis.
- Nie omieszkam ich poszukać - odparł wampir, oddalając się w stronę sali balowej, gdzie zgromadziła się już większość gości.
- To mój teść - wyjaśnił Flavii ojciec.- Zawsze przychodzi jako jeden z ostatnich, aby zrobić dobre wejście.
Dziewczynka jednak myślała teraz o czymś innym:
- To moja mama żyje? - zapytała.
- Oczywiście, że tak. I ma się całkiem dobrze - odrzekł Reginald Labollay. - Przywitaj się z Baronem The Ghastly, bratem mojej żony.
Wyglądało na to, że rozmowa na temat matki się zakończyła. Za ostatnim gościem weszli na salę balową, gdzie przyjęcie rozpoczęło się tańcem władców do jakiejś mrocznej melodii. Potem Patrick zaprosił do pary Isabel, a ciotki zmusiły Flavię, aby zatańczyła z jakimś młodym wampirem, bratankiem Clementine Labollay, Carolem.
Pomijając tłum w wytwornych strojach, jakiego dziewczynka nigdy nie widziała, w przyjęciu nie było nic interesującego. W powietrzu unosiły się kieliszki z krwią i szampanem, bądź jednym wymieszanym z drugim, długie stoły pod oknami oblegane były przez nakładających na talerze przekąski, inni tańczyli, a Vincenty wpuszczał i wypuszczał tych, którzy zapragnęli wyjść na chwilę na powietrze.
Gdy minęła północ i wszyscy odśpiewali władcy pieśń pochwalną, ciotki w końcu uznały, że najwyższy czas, aby ich wychowanica położyła się spać. Ojciec tańczył właśnie tango z Camillą, więc skinęła im tylko głową na dobranoc i ruszyła do swojego pokoju.
- Dzisiaj było dobrze? - zapytała, układając się do łóżka pod czujnym okiem ciotki.
- Doskonale - odparła Themis Blodrink, gasząc lampę naftową.
Wśród odgłosów dochodzących z sali balowej trudno było zasnąć. Flavia nie była już w stanie policzyć, ilu nocy od zamieszkania w Dworze Cieni nie przespała

Idąc rano na śniadanie była mocno niewyspana i z trudem dotarła do jadalni. Nie tylko ona miała problemy. Niemal każdemu coś dolegało.
Ciocia Buena uskarżała się, że boli ją głowa, a ciotka Themis co rusz wbijała jej szpilę. Większość dam dworu miała cienie pod oczami, ojciec niemal wpadał do swojego talerza ze zmęczenia, zaś Camilla wyglądała na wściekłą. Patrick i Cyprian w ogóle się nie pojawili. Jedyną osobą, która była rześka i gotowa do pracy, był, jak zawsze, Vincenty.
Reginald Labollay odchrząknął, składając ręce nad talerzem i spojrzał na ciotki. Te również przestały jeść.
- Trzeba zabrać Flavię na zakupy - powiedział w końcu.
Dziewczynka uniosła głowę z zaciekawieniem.
- Reginald, ja cię bardzo przepraszam - odezwała się Buena Sulini - ale nie wiem czy zauważyłeś, że wyjątkowo mocno świeci słońce. Aż mi się słabo robi.
- Nie mogłeś nam tego zaproponować, gdy padało? - zapytała ciocia Themis.
Ojciec przez chwilę milczał, zagryzając wargi:
- Wtedy Flavia nie mówiła - wyjaśnił, rozkładając ręce. - Trudno by się było z nią porozumieć.
- To teraz możemy poczekać na deszcz - warknęła ciocia Buena.
- Problem polega na tym, że za niecały tydzień zaczyna się rok szkolny. - Głos Reginalda Labollay'a był bardzo dobitny i wyczuwało się w nim gniew. - A na zmianę pogody się nie zanosi.
Ciotki już chciały coś powiedzieć, gdy:
- Ja z nią pójdę - odezwała się Camilla.
Wzrok wszystkich powędrował w jej stronę. Nawet Flavia była zaskoczona.
- Jesteś... Jesteś pewna? - wydukał ojciec.
- Oczywiście - powiedziała szybko wampirzyca. - Dziecku są potrzebne przybory szkolne, a nie ma jej kto zabrać. To chyba naturalne, że z nią pójdę.
Flavia uśmiechnęła się do niej delikatnie. Tego się po niej nie spodziewała.
- Skoro tak... - westchnął Reginald Labollay. - Przyjdź do mnie później po pieniądze i rubiny. Sprzedasz je u Grngotta, powinny zapłacić dodatkowo jakieś sto pięćdziesiąt galeonów. Możecie też wstąpić na Nokturn to jakiś żel przeciwsłoneczny z przemytu kupisz... Tymczasem ja was pożegnam i pójdę wystarać się o jakiś transport.
Flavia nie miała za dużo czasu, aby przygotować się do wyjścia, ale rozbudziła się całkowicie. Zaledwie znalazła się w swoim pokoju, a wpadła do niego Isabel:
- Mówią, że masz się pospieszyć - rzuciła od progu. - O dziesiątej wychodzicie.
Dziewczynka szybo przeczesała włosy i złapała leżącą na biurku listę zakupów. Pożegnała się z Isabel i pobiegła do sali wejściowej. Camilla i ojciec, z nieodłącznym szambelanem, już tam czekali. Wampirzyca chowała właśnie do sakiewki kilka rubinów wielkości kurzych jajek. Gdy ruszyły w kierunku drzwi, Vincenty wyciągnął w ich stronę dwie parasolki. Camilla podziękowała i wyszły przed ich dwór.
Czekał tam na nie Tarrant d'Eath, sądząc po minie, bardzo niezadowolony z tego, że po balu tak wcześnie każą mu wykonywać jego obowiązki majordomusa. Nawet w zwykłe dni, jego ulubionym zajęciem było przysypianie na kanapie w salonie, o ile oczywiście nie kombinował czegoś z Patrickiem i Cyprianem. Trudno więc było spodziewać się po nim innych planów na dzień dzisiejszy.
Zapewne mając nadzieję ja najszybciej uporać się ze zleconą mu pracą, od razu gdy tylko je zobaczył rozsupłał czerwony sznurek i wyciągnął w ich stronę błyszczący, czarny woreczek:
- Pospieszcie się - powiedział.
- Bo co? - mruknęła Camilla. - Korki będą?
- A ty to niby taka wykształcona jesteś - odciął się Tarrant.
Camilla zanurzyła rękę w woreczku i po chwili w jej dłoni mienił się karmazynowy proszek.
- Wampirzy pył - wyjaśniła Flavii. - Radziłabym ci stanąć bliżej i mocno się złapać mojego ramienia.
Dziewczynka skinęła głową i posłusznie wykonała polecenie. Ciotki nigdy nie były łaskawe wyjaśnić jej, w jaki sposób przy pomocy takiego proszku można przemieścić się w miejsca w miejsce, więc wolała być ostrożna.
Tarrant spojrzał na zegarek:
- Możecie ruszać - powiedział.
Camilla przyciągnęła do siebie Flavię, a drugą ręką rzuciła im pod nogi rzeczony pył. Otoczyła je czarna mgła, coś przycisnęło dziewczynkę do wampirzycy, pociągnęło do przodu, tak, że zaparło jej dech w płucach i zanim zdążyła zrozumieć co się dzieje, czerń zaczęła się zmieniać, a ona stała już w zupełnie innym miejscu, a wokół nich opadał mieniący się czerwienią kurz.
Uliczka była wąska, otoczona wysokimi, obskurnymi kamienicami. Nie wpadało tutaj wiele światła, za to z niemal dotykających się dachów od czasu do czasu spadały jeszcze krople wody.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała swoją przewodniczkę, przyglądając się brudnym oknom najbliższego budynku.
- Aleja Śmiertelnego Nokturnu w Londynie - odparła Camilla, mocując się z woalką przytwierdzoną do kapelusza, aby zasłonić jak największą część twarzy. - Zaraz przejdziemy w przyjemniejsze miejsce. Musiałyśmy jednak wylądować tutaj. Z doświadczenia wiem, że nie jest dobrze zaskakiwać czarodziejów nagłym pojawieniem się wśród nich wampirzycy. I mam tutaj jedną sprawę do załatwienia.
- W świecie magii zawsze się tak przemieszcza? - zapytała dziewczynka. Wciąż nie doszła jeszcze do siebie po szybkiej podróży.
- Nie - odparła Camilla, ruszając przez siebie z rozłożoną parasolką. - Dla większości czarodziejów wampirzy pył jest za drogi. Tylko najbogatsi mogą sobie na niego pozwolić. Inni używają Proszku Fiuu, podróżują Błędnym Rycerzem lub jeśli mają uprawnienia, stosują teleportację. Dla nas większość tych... środków transportu jest niedostępna. Czarodzieje robią wszystko, aby utrudnić nasze życie.
I Flavia już wiedziała, że nie tylko czarodzieje są źle nastawieni do wampirów, ale działa to również w drugą stronę.
Wystawy mijanych sklepów też jakoś nie dodawały jej otuchy, nie wspominając już o tym, że niektóre były wręcz odrażające. Skurczone ludzkie głowy, sznury wisielca, trujące świece...
Camilla zatrzymała się przy obdrapanych czarnych drzwiach po lewej stronie i przekręciła mosiężną klamkę. W środku panował mrok, kafelki na posadzce były popękane i pokryte brudem. Drzwi po obu stronach klatki schodowej zdawały się prowadzić do niezamieszkanych pomieszczeń.
Ruszyły w górę wąskimi, skrzypiącymi schodami z wypłowiałego drewna, oświetlonymi jedynie niemrawymi promieniami słońca, wpadającymi przez brudne szyby. W powietrzu unosił się kurz. Wkrótce dotarły pod wejście na drugim piętrze. Według ciągu logicznego, mieszkanie do którego prowadziły powinno mieć numer szósty, tymczasem cyfra na drzwiach chyba już dawno zdążyła się odwrócić i teraz widniała tam fikuśna dziewiątka. Camilla zastukała trzy razy ozdobną kołatką w kształcie głowy sfinksa, zrobiła około półsekundową przerwę i dodała jeszcze dwa uderzenia. Niemal natychmiast w progu stanęła ciemnowłosa kobieta, spowita w czerwone tiule.
- Nie spodziewałam się - powiedziała, patrząc na wampirzycę. - Ale bardzo miło cię widzieć. Wejdź proszę.
Camilla pociągnęła za sobą Flavię do przedpokoju.
- Córka Reginalda - wyjaśniła, napotkawszy zdumione spojrzenie kobiety. - Czarownica. W tym roku idzie do Hogwartu. Flavia to madame Leticia Primpernelle, czasami pomaga nam coś załatwić.
- Do Hogwartu, powiadasz? To już jej serdecznie współczuję - powiedziała kobieta i zwróciła się wprost do niej. - Będziesz rozdarta między dwoma światami, moja droga. Rozejrzyj się tutaj.
I zostawiając Flavię samej sobie, zajęła się oprowadzaniem Camilli z pokoju do pokoju, aby zademonstrować jej swoje nowe wynalazki.
Wbrew temu, co można było pomyśleć po przejściu się zdewastowaną klatką schodową, mieszkanie wcale nie było obskurne, wręcz przeciwnie. Jeżeli przymknęło się oko na przytłaczające ze wszystkich stron wszelkie odcienie czerwieni, można było powiedzieć, że urządzone jest ze smakiem. Puchate dywany na podłodze, lśniące tiule zwieszające się spod sufitu, a nawet z każdego kandelabra. Sprawiało to mistyczne wrażenie.
W każdym z pomieszczeń, poza jednym na końcu długiego korytarza, w którym usiadły Camilla z madame Primpernelle, ustawiono kociołki różnych rozmiarów, z których buchały różowe, fioletowe i czerwone obłoki pary. Niektóre zwyczajne, inne w kształcie kulek, serc, kwiatów... Matowe lub migocące perłowym blaskiem. Półki w mieszkaniu wypełnione były flakonikami, flaszeczkami, pudełeczkami i puzderkami, opatrzonymi etykietkami z fikuśnymi literami.
Gdy Flavia dotarła do salonu, obie kobiety debatowały nad jakimś kremem. Camilla trzymała otwarte pudełeczko i wcierała maź w okolice nadgarstka.
- Jeden z lepszych, jakie udało mi się stworzyć - mówiła pani Primpernelle. - Oczywiście w sklepie na Pokątnej nie mogę go sprzedawać, bo jest za dobry na brytyjskie normy. Węgry już zgodziły się na eksportowanie go do nich, podobnie Rumunia. W najbliższym czasie powinnam dostać zezwolenie z Hiszpanii.
- Chyba to wezmę... - przerwała jej Camilla. - Ile tego masz w tej chwili?
- Jakieś dwadzieścia opakowań - odparła kobieta. - Do dwóch tygodni mogę wam dostarczyć więcej.
- Przyślę po nie Isabel, jeśli będą tak do...
Coś w górze przeraźliwie zawyło. Flavia podskoczyła i zahaczyła o stojącą obok niej kryształową kulę. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła.
- Przepraszam - wyjąkała zawstydzona.
- Nic się nie stało - odparła szybko madame Primpernelle. - Jak się żyje tak jak ja, to żaden pech nie straszny.
- Co to było? - zapytała Camilla, wskazując na sufit.
- Ghul. Wprowadził się jakieś dwa tygodnie temu. Gobliny chcą się go pozbyć. Mnie specjalnie nie przeszkadza.
Zaczęła przeszukiwać jedną z szuflad komody. Po chwili wyjęła czarną tubkę ze złotymi napisami:
- Proszę, młoda damo - powiedziała, podając ją Flavii. - Powinno zredukować tę nienaturalną bladość twojej cery.
Dziewczynka spojrzała niepewnie na opakowanie, a potem przeniosła wzrok na Camillę:
- Weź. To nic złego - odparła wampirzyca. - Leticio, masz jeszcze coś co mogłoby jej pomóc?
- Pomyślmy...
Pani Primpernelle zaczęła przeszukiwać zawartość własnej toaletki. Niezliczona ilość kolejnych puzderek, puszków do pudru, flakoników perfum i etui na kosmetyki, kolejno lądowały na stoliku. W końcu trafiła na fioletowe opakowanie przyozdobione złotymi literami. Otworzyła je z cichym pstryknięciem, a oczom Flavii ukazał się purpurowy róż do policzków. Lekko się skrzywiła. Przez pokój potoczył się perlisty śmiech Madame Primpernelle:
- Nic się nie martw. To tylko tak strasznie wygląda - uspokoiła ją. - Wystarczy jedno pociągnięcie pędzelkiem, a sam dostosuje się do koloru twojej skóry, nadając jej bardzo naturalnego rumieńca. Za to tego bym nie dotykała - dodała, gdy Flavia zaczęła odkręcać i wąchać jakąś serię olejków do kąpieli.
- Są jeszcze w fazie testowej - wyjaśniła kobieta. - Korzenny tak rozgrzewa, że jeszcze przez trzy dni po jego użyciu gorączkowałam, za to po kokosowym błyszczałam jak choinka na Boże Narodzenie. Muszę je dopracować.
- Ale pchną ładnie - odparła dziewczynka, stwierdzając, że jednak da olejkom spokój.
- Masz może coś na... - Camilla szepnęła coś pani Primpernelle do ucha. Kobieta uniosła brwi i wytrzeszczyła oczy, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
- Chcesz powiedzieć, że...
- A kto mówi, że to dla mnie? - przerwała jej Camilla.
- Wykończysz mnie, droga kuzynko - odparła madame Primpernelle, ale odmaszerowała do sąsiedniego pokoju.
Chwilę później wróciła trzymając w rękach błyszczącą, czarną papierową torebkę z karmazynowym napisem:
- Mogę tę maść wzmocnić, dodając parę kropli krwi nietoperza - powiedziała. - W swoim sklepie nie mogę sprzedawać go z takim składem. Za dobry jest... A skoro już mówimy o krwi... - Madame Primpernelle zawzięcie zaczęła przeszukiwać pobliską szafę. - Niedaleko stąd mugole przenosili ostatnio punkt krwiodawstwa. Niewiele udało mi się tego zabrać, ale dobre i to. Wygląda na świeże... - Podała Camilli dwie zakorkowane butelki z ciemnego szkła.
- O, dziękuję bardzo. - Wampirzyca wyglądała na mile zaskoczoną. - Reginald się ucieszy. Na kiedy możesz mi tę maść ulepszyć?
Pół godziny później opuściły kamienicę niosąc pierwsze pakunki. Większość mazideł zmieściła się w chyba bezdennym atłasowym woreczku, który Camilla nosiła jako torebkę. Flavia trzymała jedną z butelek, owiniętą papierem pakowym.
- Co jest w środku? - zapytała.
Bardzo ją to intrygowało.
- Lepiej nie zadawaj pytań, na które nie chciałabyś znać odpowiedzi - odparła Camilla. - Wstąpimy jeszcze do Gringotta i będziemy mogły zająć się twoim potrzebami.
Gringott był bankiem czarodziejów prowadzonym przez gobliny. Były to przebiegłe stwory, niższe od człowieka o nieproporcjonalnie dużych dłoniach i stopach oraz długich nosach. W zbudowanej z marmuru sali głównej przy długich kontuarach siedziało ich w tej chwil około trzech tuzinów. Choć dla czarodziejów nie były zbyt przyjemne i wyraźnie cieszyły się, że muszą oni stać w długich kolejkach, Camillę powitały z prawdziwą uprzejmością:
- Pani Lugosi - powitał ją kłaniając się jeden z nich, który dotąd udawał, że jest bardzo zajęty ogromną księgą rachunkową. - Proszę do mnie.
Camilla bez zbędnych słów wysypała na kontuar przed nim pięć przyniesionych rubinów. Goblin zbadał je dokładnie przy pomocy lupy jubilerskiej. Westchnął ciężko:
- Czy pani wie, że w naszym fachu krach i że żyjemy w nędzy?...
Camilla rozejrzała się po pomieszczeniu, zrobiła wymowną minę i zaczęła zbierać rubiny z powrotem do woreczka. Goblin spanikował:
- Ja już z panią bym zamienił fach, jestem prawie bez pieniędzy!
Wampirzyca uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła huśtać mu woreczkiem przed oczami jak wahadełkiem:
- W tym worku jest rubinów pięć - odezwała się po raz pierwszy odkąd weszły, a jej ton wcale nie był przyjemny. - To cały nasz urobek. Wampiry też muszą z czegoś żyć, więc liczymy na zarobek.
- Ciągle tylko płać, ciągle tylko daj lub czarodziej chce pożyczki - użalał się goblin. - I skąd ja mam galeony brać? Ja się pytam pani grzecznie - uśmiechnął się fałszywie, wskazując na księgę. - Ja...
- Albo pan zaraz płaci nam, zamiast tu kłapać pyskiem - przerwała mu Camilla w zgoła odmiennym tonie. - Albo gdzie indziej cały kram, sprzedamy z większym zyskiem.
- Po co ten nerwetyzm? Po co ten gwałt? Zapłacę! - wystraszył się goblin. - Sto galeonów ma pani w sakiewce, pięćdziesiąt dam do skrytki.
Nie wyglądając wcale na zmartwionego, podsunął wampirzycy skrawek papieru i orle pióro.
- Kwituję to od ręki - odparła Camilla już dużo spokojniej. - Rubiny niech pan sobie bierze.
Wymienili się woreczkami, Camilla skinęła głową na pożegnanie i poprowadziła Flavię do wyjścia. Zanim wyszli na tonącą w promieniach słońca ulicę Pokątną, dziewczyna zdążyła jeszcze usłyszeć jak goblin, z którym załatwiały interesy mówi skrzekliwym głosem do jakiegoś interesanta:
- Nie widzi pan, że jestem zajęty? Proszę zaczekać, aż jakiś inny pracownik banku będzie wolny.
Dopiero teraz miała okazję dokładniej przyjrzeć się magicznej uliczce. Wcześniej Camilla szła tak szybko, że dziewczyna mogła jedynie patrzeć pod nogi, aby nie potknąć się o kocie łby, którymi droga była wyłożona.
Pokątną otaczały trzypiętrowe kamienice o spadzistych dachach, niemal każda przyozdobiona była kolorowym szyldami sklepów znajdujących się na dolnych piętrach. Szaty na wszystkie okazje, sprzęty astronomiczne, książki... Jak na tak ładną pogodę było tutaj bardzo mało ludzi. Być może miał z tym coś wspólnego artykuł, którego tytuł bił po oczach każdego, kto przechodził obok hałaśliwego gazeciarza: "Czy czarnoksiężnik zaatakuje Ekspres Hogwart?"
- Czarodzieje mają niezwykłą zdolność do utrudniania sobie życia - skomentowała to Camilla, która jak dotąd narzekała na stale targujące się z nią i próbujące wzbudzić litość gobliny. - Od nas jakoś ten cały "czarnoksiężnik" trzyma się z daleka. A czarodzieje pomału zaczynają obawiać się wypowiadać jego imię.
- A madame Primpernelle też? - zapytała Flavia, zatrzymując się przed księgarnią Esy i Floresy. Jak na razie kobieta z Nokturnu była jedyną czarownicą jaką poznała, a nie wyglądała na przerażoną.
- Sąd mam wiedzieć co roi się w jej głowie - odparła Camilla, znów poprawiając woalkę. - Jest moją kuzynką i żywię do niej same ciepłe uczucia. Nie zmienia to faktu, że jest również czarownicą. Nie wchodzimy tutaj jeszcze - wtrąciła, gdy Flavia chciała wejść do księgarni. - Na podręczniki przyjdzie czas. Najpierw kupimy ci różdżkę. Gdzie jest ten sklep Ollivandera?
- Możesz mi powiedzieć jak to się stało, że wampirzyca ma kuzynkę czarownicę? - zapytała dziewczynka, gdy ruszyły dalej. Bardzo ją to interesowało, zwłaszcza, że wyglądało na to, iż obiec nacje za sobą nie przepadają.
- Siostra mojej matki miała bardzo dziwne upodobania - odparła Camilla, jakby mocno się nad czymś zastanawiała. - Wyjechała do Francji i tam wyszła za mąż za jakiegoś francuskiego czarodzieja. Kilka miesięcy później urodziła się jej Leticia. Gdzie ten sklep? - mruknęła i zaklęła pod nosem.
Po kilkunastominutowych poszukiwaniach stanęły przed czarnymi drzwiami sklepu, którego wystawy prezentowały się dość marnie - leżało tam tylko jedno stare pudełko z wystającą z niego różdżką.
- Najlepsi wytwórcy różdżek od 763 roku przed naszą erą - odczytała Flavia napis na szyldzie. - Ciekawe...
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem, gdy tylko dotknęła klamki. W środku panowała zupełna cisza, całe pomieszczenie wydawało się skrywać jakąś tajemnicę. Camilla szczelniej owinęła się peleryną. W ustawionych pod ścianami półkach, wypełnionych wąskimi pudełeczkami było zarazem coś złowrogiego i bardzo przyciągającego.
- Dzień dobry - Flavia aż podskoczyła na dźwięk spokojnego głosu dochodzącego z drugiego końca sklepu.
Stał tam mężczyzna w podeszłym wieku o siwych włosach i oczach nasuwających na myśl księżyc w pełni. Ubrany w elegancki surdut z ciemnoczerwoną aksamitką pod szyją.
- W czym mogę pomóc? - dodał, gdy Flavia wciąż wpatrywała się w niego jak zaklęta.
- Potrzebujemy różdżki dla tej młodej damy - odparła Camilla. - Słyszałam, że nigdzie lepszej nie dostaniemy.
- Naturalnie - odparł pan Ollivander. - Zaraz czegoś poszukamy. Zdaje się, że jeszcze nikt z państwa rodziny u mnie nie był - dodał, mierząc przy pomocy taśmy krawieckiej długość ręki Flavii i obwód jej nadgarstka. Chwilę późnej miarka pracowała już sama.
- Wydaje mi się, że nikt - odpowiedziała cicho dziewczynka. Właśnie zdała sobie sprawę, że jej palce są bardzo chude i długie. - Czy to dla pana jakiś kłopot?
- Nie, żaden - odparł wytwórca różdżek, szukając czegoś na półkach. - Jednak, gdy znam konfiguracje różdżek rodziców, dużo łatwiej wybrać mi odpowiednią dla dziecka.
- A mugolakom w jaki sposób pan dobiera różdżki? - zapytała wyzywająco Camilla, która w głębi pomieszczenia przysiadła na brzegu biura.
- Nie wygląda mi pani na mugolkę - odparł spokojnie pan Ollivander, mierząc spojrzeniem jej strój.
Wampirzyca delikatnie poprawiła woalkę, choć wpadało tutaj niewiele słońca,
- Pani ciemne oczy i czarne włosy mówią mi, że musiała się pani urodzić pod wpływem Marsa lub Saturna - zwrócił się do Flavii mężczyzna. - W obecnej sytuacji dużo lepsza byłaby dla pani pierwsza opcja.
- Urodziła się w połowie maja - odezwała się ponownie Camilla.
W tym momencie staruszek cofnął dłoń, którą zamierzał wyciągnąć kolejne pudełeczko.
- W takim razie olcha, mahoń albo hikora - powiedział. - Może cedr.
Wyciągnął pierwszą różdżkę i podał Flavii mówiąc:
- Mahoń i włókno smoczego serca, proszę nią machnąć.
Nic się jednak nie stało. Różdżka wróciła do opakowania, a Flavia dzierżyła już w ręce kolejną: pióro feniksa i olcha. Mała czarownica starała się zapamiętać wszystkie kolejne magiczne pałeczki, które przez kilka sekund dzierżyła w ręku, ale nie było to takie proste: mahoń i inny smok - walijski, kolejna mahoń i młody smok hebrydzki zaduszony przez własną matkę, cedr i włos z grzywy jednorożca, hikora i feniks, jednorożec i hikora, hikora i włos z ogona martwo urodzonego jednorożca... Dziewczynka miała coraz większe trudności z zapamiętywaniem konfiguracji, a pamięć miała bardzo dobrą.
Przy mahoniowej różdżce ze smoczym sercem, Camilla zaczęła się wyraźnie nudzić, odwróciła się do nich plecami i poprawiała makijaż - ciekawe po co, skoro cały czas miała zasłoniętą twarz. Mahoniową różdżką z włosem jednorożca Flavia rozbiła jej lusterko, ale pan Ollivander nie uznał tego za dobry znak. Większość z tych, które dziewczynka wypróbowała później, sprowadzała podobne kataklizmy lub nie reagowała wcale, z dwojga złego - druga opcja była lepsza.
Pan Ollivander zupełnie się tym nie przejmował, wręcz przeciwnie, był coraz bardziej pochłonięty pracą, przynosząc wciąż nowe i nowe różdżki, wspinając się po drabinie na coraz wyższe półki, po te mniej popularne.
- Na szczęście już większość pierwszorocznych zakupiła wyposażenie - mówił, podając jej cedrową pałeczkę z włóknem smoczego serca. - Mamy dużo czasu. Na pewno coś znajdziemy.
Jakiś czarodziej w fioletowej pelerynie i spiczastej tiarze zajrzał do sklepu oddać swoją różdżkę do sprawdzenia i wypolerowania. Zaglądał potem jeszcze trzykrotnie, aby usłyszeć tę samą odpowiedź: "nadal nie skończyliśmy".
W międzyczasie Flavii udało się roztrzaskać szybę wystawową, podpalić drabinę i zrzucić ze ściany drewniany kandelabr. Wytwórca różdżek naprawiał wszystkie szkody jednym zaklęciem.
Znudzona Camilla podparła głowę dłonią i prawdopodobnie oddała się własnym rozmyślaniom, bo na nic nie reagowała. A może zwyczajnie zasnęła.
Najbardziej boleśnie zapadła Flavii w pamięci różdżka łączącą olchę z jednorożcem - przy jej pomocy wysadziła w powietrze jeden z regałów. Huk był tak potężny, że nawet jej opiekunka lekko drgnęła. Ona sama musiała ratować się szybką ucieczką, aby nie dostać w twarz nadlatującym kawałkiem drewna.
Mocno naraziła się Camilli jakiś czas później, korzystając z pióra feniksa w cedrowym drewnie. Ściągnęła silny powiew wiatru, który nie dość, że zrzucił z półek kilka innych różdżek, które wypadły z pudełek i zaczęły strzelać iskrami, to jeszcze strąciła jej z głowy kapelusz.
Pan Ollivander nie zwrócił najmniejszej uwag na sypiące się wokół iskry. Stał jak skamieniały wpatrując się w Camillę.
- Pani jest wampirzycą - wydusił w końcu.
- A wyglądam na czarownicę? - odparła unosząc brwi i lekko rozchylając czerwone wargi, ukazując tym samym śnieżnobiałe, ostro zakończone drobne zęby.
Więcej słów nie było potrzebne wytwórcy różdżek.
- I jest pani matką dziewczynki - stwierdził mężczyzna.
Camilla szybko spojrzała na Flavię, przeniosła wzrok na pana Ollivandera, a późnej znów na Flavię. Przez dłuższą chwilę, która wydawała się jej być wiecznością, wpatrywała się jej w oczy. Później powoli pokręciła głową i opuściła ją w dół. Ręce wampirzycy lekko drżały.
Wytwórca różdżek wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Dobrze - powiedział w końcu.
- Flavia jest córką Reginalda Labollay'a, władcy wampirów - szepnęła Camilla w podłogę dziwnym głosem. - Jej matka... - Albo Flavii się wydawało, albo ciemne oczy wampirzycy zaszły łzami. - Jej matka również jest wampirzycą. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, żeby takiej parze urodziła się czarownica. - Uśmiechnęła się smutno i wreszcie uniosła głowę.
- Rozumiem - skwitował staruszek. - Takie przypadki zdarzają się rzadko, ale jednak są możliwe. Zdaje się, że raz na tysiąc lat taki... incydent ma miejsce. Za to ja mam coś, co na pewno przypadnie pannie Flavii do gustu.
Szybko pogrzebał w biurku i wyciągnął z niego mały, złoty kluczyk. Podszedł do okna wystawowego - tego, którego dziewczynka jeszcze nie naruszyła, zręcznie otworzył kłódkę i zdjął z niego różdżkę, którą wcześniej oglądała.
- Proszę bardzo, hikora i włókienko z pachwiny nietoperza, 11 cali, dość giętka.
Flavia wzięła ją do ręki i nawet nic nie musiała robić, aby wiedzieć, że ta jest inna niż wszystkie. Poczuła ciepło i dziwny przypływ mocy. Z miejsca, gdzie ją trzymała, biło złote światło, a w powietrzu dało się usłyszeć dziwną cichą melodię. Spojrzała na pana Ollivandera.
- Jest pani - odpowiedział.
Włożył różdżkę do opakowania i zapakował je w brązowy papier.
- Jestem pewien, że zmieni pani życie wielu osób - powiedział, podając jej pakunek. - Obawiam się jednak, że jeśli pani będzie chciała żyć normalnie, będzie musiała wybrać między jednym światem, a drugim. Oby ta decyzja była słuszna.
Flavia podziękowała za różdżkę i za radę, którą nie do końca jeszcze rozumiała i wyszła za Camillą ze sklepu, dopytując się czy mogą w końcu pójść do księgarni.
- Jeszcze chwilę - odparła wampirzyca. - Najpierw szaty. - Znowu miała na głowie kapelusz z woalką, zdjęła go jednak, gdy tylko weszły do Twilfitt'a i Tatting'a, bardzo eleganckiego salonu odzieżowego kawałek za Bankiem Gringotta. Chyba dobrze ją tutaj znali, bo zanim Flavia zdążyła dokładniej przyjrzeć się złoto-niebieskiemu wystrojowi i ogromnym ciemnobrązowym szafom, zjawiła się przy niej kobieta w eleganckiej jasnofioletowej szacie czarodzieja.
- Co dzisiaj dla pani, pani Lugosi? - zapytała z uśmiechem.
- Dla mnie nic, Blanche - odparła Camilla. - Szukamy za to kogoś, kto uszyje szaty szkolne dla Flavii.
- Hogwart? - dopytała Blanche.
Camilla skinęła głową.
- Damy rady. Już kilka razy to robiliśmy - doparła kobieta. - Na pewno jedną z weluru, dwie z atłasu, jedną z aksamitu. Stań tutaj moja droga.
Niedługo potem opuściły sklep, dźwigając kolejne sprawunki, wśród których były cztery pary szat szkolnych z rozmaitych czarnych, lśniących materiałów w tym jedna zimowa, tiara, ametystowofioletowe rękawiczki ze skóry garboroga i trzy dodatkowe jedwabne sukienki: srebrną, ciemnozieloną i czarną. I w końcu ruszyły do księgarni.
Esy i Floresy były sklepem z marzeń Flavii. Wysokie regały wypełnione grubymi, oprawionymi w skórę tomami, rzędy książek ułożone na podłodze mnóstwo działów od historii magii, przez przewodniki po wróżbiarstwo. Dziewczynka najchętniej wykupiłaby je wszystkie. Również te stare, zapisane runami.
Camilla przechadzała się między regałami z listą wyposażenia do Hogwartu, wybierając potrzebne podręczniki i pozwalając w tym czasie Flavii przeglądać inne tomy, które ją najbardziej zainteresowały. W niektórych ruszały się obrazki, inne same się czytały, gdy tylko się je otworzyło, była też taka, która mruczała, gdy tylko wzięło się ją w dłonie.
- Mam już wszystko. - Camilla wróciła stanowczo za szybko. - Wzięłam ci dodatkowo "Historię Hogwartu" i "Historyczne miejscowości magiczne". Zdaniem sprzedawcy dwie najpopularniejsze lektury uzupełniające. Powinnaś być zadowolona.
- Tutaj jesteście! - zza regału jak spod ziemi wyskoczyła Isabel. - Szukałam was pół dnia, kupiłam składniki do eliksirów, teleskop, kociołek, przysmaki dla sów, choć nie wiem czy się jej przydadzą, czekoladowe żaby, sakiewkę ze skóry wsiąkiewki... albo jakoś tak, pergaminy, atramenty, pióra... o to mi się najbardziej podoba, żółtego świergotnika, skarpetki, które krzyczą jak się ich za długo nie zmienia... - wykładała wszystko ze swojej torby bez dna na podłogę przed nimi.
- Isabel, znowu gubisz storczyki, wiesz? - przerwała jej Camilla, z trudem powstrzymując śmiech.
- Labollay się martwił, że będziecie musiały za dużo nosić, Tarrant nie mógł iść, coś źle się czuje biedaczek, więc ja musiałam... Ale to były miłe zakupy, jeszcze trzeba by...
- Rozumiem - odparła Camilla. - Masz, natrzyj się kremem zanim wyjdziemy.
- Co, już wracamy? - jęknęła Flavia.
- Słońce już zachodzi - odparła jej opiekunka, patrząc przez okno wystawowe. - A Isabel zrobiła resztę zakupów. Czego bym nie mówiła o tym czarnoksiężniku, ty jesteś czarownicą, a to jest świat magii. Niebezpiecznie jest tutaj kręcić się po nocy.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Mój Profil



Flavia


Pokochaj
Bohaterowie
Księga Gości
Mój Profil


Rozdziały


1. Kruk
2. Opowieść Themis
3. Podróż
4. Milczenie jest złotem
5. Dwór Cieni
6. Rozbita kula



SZKLANA KULA


Kolejny rozdział Flavii pojawi się:

5 CZERWCA 2012

Wszystkie osoby, które pragną zostać o nim poinformowane zachęcam do wpisywania się do księgi gości lub komentowania poprzednich wpisów.



Sponsorzy






Szablony, avatary...

Linki


Opowiadania HP
Bellatrix Black
Gilderoy Lockhart
Syriusz Black
Aurora Sinistra
Rita Skeeter
Samanta Lestrange
Orla Black
Monika Dursley
Anastasia Labollay
Laura Sylvanus
Gracia Dumbledore

Ocenialnie
Azkaban Will Eat You
SUM
Oceniam Wyobraźnię
Felix Felicis
Oceniam
Niecodziennie
PWN
Q-Py-Blok
Narcissism
Orto-Nazi
Żar Ocen
Kompania Ocenowa
Ława Przysięgłych
Talking About
Profesjonalne Oceny Blogów
Era Krytyki

Czytelnia
Elfka Mortycja
Narcyza Malfoy
Myśli Severusa
Charlie Dawson
Carrie Eelyop
Amon Carter
Monica Verne






Szablon wykonany przez Starlight, tylko dla flavialabollay. Więcej na S-W.mylog.pl.